Nigdy nie lubiła ciemnych miejsc
A teraz
właśnie schodziła na dół do znienawidzonego pomieszczenia w domu , do
piwnicy...Wszystko spowijał mrok, nie licząc maleńkich punktów w mdłym
świetle neonowych żarówek. Tu jest tak cicho, smętnie i pusto.. Ale z
drugiej strony, czuła niewidzialny, może nawet wyimaginowany nacisk na
swój umysł. Każde skrzypnięcie alarmowało jej ciało, gotowe w każdej
chwili puścić się biegiem ku drodze powrotnej. Wilgoć tego miejsca
mieszała się ze zatęchłym odorem starych, drewnianych drzwi pokrytych
rdzenną pleśnią, wywołując nieprzyjemny posmak w ustach. Kroczyła po
nierównej, wyłożonej żwirem ścieżce, drżąc na chudym ciele. Nacisk w
głowie potężniał z każdym krokiem, każdym skrzypnięciem, każdą minutą.
Całe jej ciało krzyczało wyraźnie: Nie idź tam!! Zawracaj! Uciekaj, jak
najdalej od tego miejsca!!! Lecz chłodny umysł wyrafinowanej
nauczycielki mówił, że nie ma się czego bać. Że potwory z dzieciństwa,
białe widma to tylko dziecięce fantazje. Nic strasznego. Nie ma się
czego mać. Nie ma... podskoczyła, wciągając głośno powietrze.
Gwałtownie odwróciła się ku źródłu nagłego niepokoju, w stronę zakrętu i
ujrzała... bialutkie futerko z potężnym, mięsistym ogonem skręcające w
zakręt. Stłumiła histeryczny śmiech, pozostając przy nerwowym chichocie.
No tak. Szczur. Wiedziała, że w piwnicy są szczury. Przecież nie na
darmo wysyłała Sama co tydzień, by przychodził tu z żarciem dla gryzoni (
choć osobiście Sam chciał zaserwować jej szczurzym przyjaciołom coś
znacznie mocniejszego od chomiczej paszy), a teraz o mało nie zsikała
się ze strachu na widok białego szczura. Pogratulowała sobie w myślach
za jakże heroiczną odwagę, i już pewniej ruszyła w zakręt, gdzie zniknął
biały gryzoń. Ucisk w głowie nieco zelżał, kiedy brała z szafki
słoiczek ogórków i sok z malin. I czego ona się tak obawiała? Oprócz
ponurej, nieprzyjaznej atmosfery, w piwnicy nie kryją się żadne złe
potwory. Uśmiechnęła się, gładząc delikatną wypukłość swego brzucha.
Dziecku zachciało się ogórków i soku malinowego, zaś matka histeryzowała
na samą myśl o zejściu do piwnicy. Pokręciła głową, chwyciła słoiki i
odwróciła się na pięcie, z zamiarem odejścia. I wtedy to zobaczyła.
Przezroczyste widma, sunące parę centymetrów nad ziemią. Stwór, który
stał dokładnie twarzą w twarz z nią uśmiechnął się złowieszczo; w jej
uszach zabrzmiały jego ponury, złowróżbny śmiech oraz różnorodne majaki
innych dusz. Wszyscy przystanęli w chwili, kiedy na żwirową podłogę
spadł słoik z ogórkami i sokiem z malin. Gromada duchów próbowała
zatrzymać ją, lecz ta pędziła, z przerażającym krzykiem ku wyjściu. Łzy
ciekły jej po twarzy, zaś w pulsującej bólem głowie rozbrzmiewał okrutny
śmiech zjawy. Pędziła, a jej krzyk odbijał się echem w całym domu.
Myślała, że jest bezpieczna. Że oni się już nie ukarzą. Że jest wreszcie
wolna i normalna...
Myliła się.
๑۩۩๑
Otworzyłam oczy, prostując się do siadu. Chyba zrobiłam to zbyt gwałtownie, bowiem z impetem, zaplątana w kołdrę spadłam na chłodną podłogę. Jęknęłam, przyciskając spocone czoło do chłodnych paneli. Znowu miałam ten sen, pomyślałam, próbując podnieść się z podłogi. Na darmo, gdyż wciąż zaplątana w prześcieradle, potknęłam się i tym razem wylądowałam na tyłku. Znowu ten dziwaczny sen. Znowu rudowłosa kobieta zeszła do piwnicy i tam zobaczyła krwawe zjawy, które prawdopodobnie, czerpały uciechę ze strachu tej dziewczyny. Ten rudzielec wyglądał jak ja.. tyle że w wersji barbie ligth. Chuda jak szczapa, jeżeli nie licząc wystającego brzucha, umalowana jak barbie. A co najgorsze, ja tam byłam. Obserwowałam to jakby z boku i z jej perspektywy. Czułam bijące od niej uczucia, lecz za cholerę nie mogłam się poruszyć lub coś powiedzieć, byleby nie panikowała tak.. Choć każdy, kto jest w ciąży, ma rozchwiane nerwy, i widzi nagle przed sobą pokiereszowaną, przezroczystą twarz jakiegoś psychopaty, trudno jest zachować spokój, nie? Mniejsza. Ostrożnie wyplątałam się z objęć kołdry we wzorek Elmo. Odetchnąwszy głęboko, spojrzałam na elektroniczny zegarek, który wskazywał... Szóstą pięćdziesiąt dziewięć... A teraz równą siódmą. I jak na zawołanie, z dołu rozległ się głęboki głos ojca, wołający mnie na śniadanie. Westchnęłam, krocząc niechętnie w stronę łazienki. Czas na nową porcję obelg, wyzwisk i innych takich. Kolejny dzień czas zacząć...Niedługo święta, czyli także moje urodziny. Nie spodziewałam się żadnych imprez czy prezentów, jedynie kawałek dobrego ciasta i tanią rzecz z średniej półki od ojca. Od Mary, trzydziesto dwu letniej kochanki ojca, dostałabym zapewne bon do spa i kilka, według mnie, zdzirowatych ciuchów. Córka Mary, Sue, kupiłaby farbę do włosów, w tym roku jasny blond, błagając, bym przefarbowała moje rude włosy. A ja, jak co roku, kazałam jej spadać. Przynajmniej od Andrew mogłam liczyć na coś normalnego: zajebiaszczą grę w stylu Walking of Death, której mam już z kilka odsłon. Ale lepsza gra o zombie od narajanego dwunastolatka niż od farby w stylu lalki barbie po wizycie u fryzjera od czternastolatki. I lepszy tani łańcuszek z serduszkiem niż ciuchy od pierwszej lepszej tirówki. Z taką oto myślą odłożyłam szczotkę na malutką półeczkę i wyszłam z łazienki wprost na spotkanie z nienormalną gromadą osóbek, zwanej rodziną Cordellów..
-A więc, Claro, co chciałabyś na urodziny? Och, widziałam na wyprzedaży taki śliczny ciuszek, w sam raz na twoją chudą dupcię. I do tego te zarąbiste butki na obcasie, w takim ślicznym odcieniu różu..
-Hej, i do tego ta farba do włosów, co ją
sobie zamówiłam. Perłowy blond. Jenna będzie wyglądała jak top modelka,
jeżeli się przefarbuje na blond. Albo przynajmniej jak człowiek..
A nie
mówiłam? Ta sama śpiewka co roku. Wredna sucz, pomyślałam, posyłając
umalowanej Susan wściekłe spojrzenie. W zamian ufarbowana na brązowo
młodsza wersja blondynki Mary posłała mi krzywy uśmiech, i wróciła do
zajadania płatków. Prychnęłam, skubiąc moją kanapkę z dżemem. Szczerze,
nie byłam głodna. W zasadzie zawsze odechciewało mi się jeść, jeżeli
siedzieliśmy przy tym samym stole. Przyjrzałam się ojcu, który czytał
poranny raport z pracy. Czując na sobie mój wzrok, podniósł oczy wprost
na moją twarz i mrugnął, by po chwili powrócić do lektury. No tak. Na
uśmiechy Aleca Hamiltona, prawnika z najwyższej ligi Bostonu, jego
pierwotna córka, Clarissa Amelia Hamilton musi mieć swoje święto lub płakać jak
bóbr, lecz nawet wtedy były to imitacje uśmiechów, jakimi obdarzał swą
pierwszą żonę- Amelię. Z zdjęć, jakie kiedyś oglądałam w biurze ojca,
widziałam jego uśmiech. Po prostu idealny. Mój ojciec ma niecałe 42
lata, lecz na zdjęciach wygląda jakby miał z dwadzieścia lat mniej.
Fizycznie i psychicznie, stwierdziłam przyglądając się ponurej twarzy
ojca. Musiał naprawdę kochać mamę. Nie żebym ja jej nie kochała, tylko
że... umarła tego samego dnia, co ja urodziłam. Zmarła, żeby mnie
uratowano. Według powieści taty, chciała rozszarpać położnika, gdyż ten
chciał uratować bardziej ją niż mnie. Zaśmiewałam się wtedy i płakałam
ze smutku. Wiem o mamie naprawdę dużo, lecz wcale jej nie znam. A bardzo
bym chciała. I znowu poczułam wilgoć w oczach. Znowu, na samą myśl o
mamie zachciało mi się ryczeć. Pociągając nosem, dojadłam kanapkę,
ucałowałam ojca w policzek, małego Andre poczochrałam za złote włoski, i
wyszłam, rzucając suche "nara". Codzienność bywa nużąca, toteż zamiast
ucałować jeszcze i Mary, wyszłam z domu, trzaskając drzwiami...
Zimne powietrze wypełniło moje nozdrza, kiedy zaledwie wyłoniłam nos zza dębowych drzwi. Mocne i zimne, dające poczucie życia powietrze wypełniało mnie całą. Lubię takie poranki, stwierdziłam rozkoszującą się chłodną bryzą. Jakby na potwierdzenie moich słów, wiatr ochłostał mnie po twarzy i zburzył marchewkową falę loków wokół mojej twarzy. Uśmiechnęłam się i ruszyłam dalej, w stronę szkoły. Śnieg przyjemnie chrzęścił mi pod nogami. Szczerze, to nawet lubię drogę do szkoły, szczególnie w zimie. Mróz, który orzeźwia ciało, chrupki śnieg pod stopami, biały krajobraz. Najbardziej podoba mi się wygląd drzew. Łyse, nagie i bez wdzięku, dane im podczas lata, lecz teraz w tej śnieżnej perzynie, wyglądają dziwnie uroczo i pięknie. Śnieg błyszczy w martwych konarach, sprawiając wrażenie, iż te drzewo ma połyskujące, wybielone liście. Mam szczęście, że park Edisona znajduje się dokładnie między moim domem a szkołą. Codziennie mogę się jakoś tako uspokoić i przygotować na psychiczne tortury, przyglądając się jedynie drzewom. Moim zdaniem, ten park jest magiczny. Nie wiem, czemu tak myślę, ilekroć kroczę żwirową, choć teraz przykrytą całunem śniegu, dróżką. To miejsca ma w sobie urok... naraz do głowy przyszło mi wspomnienie, jak lepiłam z tatą bałwana, właśnie w tym parku. Miałam może z pięć lat, kiedy to się działo, miałam wtedy dobre relacje z ojcem... Uległy one zmianie dwa lata później, kiedy to ożenił się z Mary, wprowadzając w moje życie blond włosy koszmar- Susan. A potem pojawił się Andrew i tak jakoś minęło te dziesięć lat. Wzdrygnęłam się, jakoś tak z zimna i ruszyłam dalej, z wiecznym podziwem obserwując park pełen wspaniałych wspomnień...
-Nienawidzę szkoły!!!
Trish waliła swoją głową o stalowo błękitną szafkę. Przyglądałam się jej w rozbawionym milczeniu, nie mogąc powstrzymać się od kpiącego uśmiechu. Patrice Marshall jest najlepszą uczennicą w całym liceum Spencera. Zawsze dostaje piątki i szóstki, nawet jeżeli się nie uczy. Jest też ładna. Bardzo, bardzo ładna. Opalona i wysoka, jest blondynką o słodkiej buźce i pięknych, błękitnych oczach. Trish, jako najlepsza w sportach, nie licząc hokeja (ona nienawidzi hokeja, ale mniejsza z tym) ma powodzenie u każdego chłopaka;nieraz występuje w szkolnej drużynie chiliderek. I po każdej lekcji wali głową w swą, lub moją, szafkę, przeklinając tego, co wynalazł szkołę. Myślicie, że to dziwne? Jej jawna niechęć do szkoły jest niczym w porównaniu z naszą przyjaźnią. Trish jest moją jedyną i najlepszą przyjaciółką, choć równie dobrze mogłaby być psiapsiółą królowej szkoły, Ally. Nikt nie chciał się kolegować z rudowłosą świruską. Nikt, oprócz Nicka Cartera, kuzyna Ally, i owej Trish. Tylko ta dwójka nie boi się ze mną pokazywać okrutnemu światu elity, powierzając mi swoje tajemnice i troski, bez obawy, że mogę je komuś rozpowiedzieć, bo niby jak? Część ludzi ze szkoły wogóle ze mną rozmawia a druga ledwie zauważa moją obecność. Smutne, ale prawdziwe. Co dziwne, Nick i Trish stracili nieco na swej popularność z powodu zadawania się z, jak to powiedziała Ally?, "Obłąkaną Marchewką". Lecz oni się tym nie przejmują. Wręcz mają na to wywalone. Kocham ich, są taką moją deską ratunkową, kiedy już nie wytrzymuję psychicznie i fizycznie.
-Tak, wiem, Trish. Czujesz to, co reszta ludzkość w naszym wieku.. -Popatrzyła na mnie spod zmrużonych powiek, lekko się uśmiechając. Miała delikatny czerwony ślad na czole, co niestety było trwałą częścią jej wyglądu od pierwszego września.
-Clara, to co oni czują, to pestka przy tym, co ja czuję.-Tym razem to ja zmrużyłam oczy i uśmiechnęłam się szerzej.
-No jasne.
-Dobra, ale ja nienawidzę szkoły znacznie bardziej niż wy, dziewczyny.- Fiku-Miku i za nami wyrósł nagle Nick. Uśmiechnął się, ukazując słodkie dołeczki w policzkach. Najwyraźniej miał teraz WF, stwierdziłam przyglądając się wesołym, roziskrzonym oczom kolegi. Zawsze mnie zadziwiały, nie były ani szare, ani niebieskie, ani zielone. Jakby były mieszaniną tych trzech kolorów. Zależało, pod jakim kontem padało światło... o, teraz właśnie miały zielony odcień. Ciemna grzywka opadła mu na czoło lekko zroszone potem. Ogólnie, był cały spocony, ale mi to nie przeszkadzało. Tak jak im moje niepospolite zachowanie i wygląd..
-Oj tam, Nick, dramatyzujesz.-rzuciła od niechcenia Trish, uśmiechając się od ucha do ucha. Była ode mnie wyższa o dziesięć centymetrów, ale i tak to Nick górował nad nami, miał bowiem ponad metr osiemdziesiąt. Nie bez powodu był kapitanem drużyny koszykarskiej, miał umięśnione ciało jak jeden z tych greckich bogów. Z tych ładniejszych, greckich bogów. W odpowiedzi Nick parsknął śmiechem, klepiąc Trish po jej idealnej fryzurze. Odpłaciła mu się tym samym, a po chwili wybuchli śmiechem. Uśmiechnęłam się czule, usuwając na bok. W takich chwilach najlepiej jest się usunąć i nie przeszkadzać. Kiedyś taka jedna przyjaciółka Trish, Maddy, kompletnie się załamała, bo jej "psiapsióła" Ally zaczęła podrywać jej chłopaka, wtedy nasza wychowawczyni, pani Meredith, rzekła: "Jeśli ciało A i ciało B oddziaływają na siebie, to ciało C się nie wpierdziela", a to mówiła patrząc znacząco na Ally. Wzięłam wtedy tę radę do serca, i przy każdej sposobność próbowałam oddalić się na stronę. Moim zdaniem, Nick powinien być z Trish. Pasowali do siebie. Jednakże wtedy, kiedy poruszałam ten temat, oboje palili buraka i besztali mnie za sprośne ( według nich, oczywiście) myśli. Ale i tak potem rzucali sobie ukradkowe spojrzenia. Zupełnie jak w jednej z moich ulubionych romantycznych powieści! Ekhem, ale wracając do rzeczy...
- No więc, Clar? Co myślisz?-zapytał Nick oplątując moją szyję ramieniem. Zauważyłam, że to samo zrobił z Trish, przez co jej oczy błyszczały. Teraz wiecie, o czym mówię? Uśmiechnęłam się przepraszająco, trochę się rumieniąc. No bo przecież obejmował mnie facet, choć był to tylko Nick, wokoło było sporo ludzi, którzy chętnie zrównali by mnie z ziemią za sam fakt, że się z nim przyjaźnię. Ten dreszcz, kiedy wlepiają w ciebie te złowieszcze spojrzenia... nie chcę nawet o tym myśleć.
-Sorki, Nicky, nie słuchałam...
-Jak zwykle, nasza Clary ucieka do swej baśniowej krainy rozmyśleń, kiedy przestaje się ją zagadywać.-stwierdziła Trish, błyskając swoimi pięknymi ząbkami w uśmiechu rozbawienia. Brzmiało to nieco chamsko, ale w ustach Trish to po prostu śmieszna i trafna uwaga. I jak tu jej nie kochać?
-Fakt.-poparł ją Nick. Wywróciłam teatralnie oczyma.
-Oj dobra, uspokójcie się już. O czym tam szeptaliście, kiedy mnie nie było?
-Ano o tym, panno Hamilton, że po szkole można by, a nawet trzeba, odstresować Tri w jakiś kinie na dobrym filmie. Zgadzasz się, żebyśmy ją dalej męczyli, nawet na relaksującym filmie?- Nicky i jego poczucie humoru. Parsknęłam i kiwnęłam głową. Wyplątałam się z jego objęć i popatrzyłam na Tri, wciąż trzymaną przez niego. Słodki widok. Uśmiechnęłam się złowieszczo do blondynki.
-Zawsze, panie Carter. Zawsze i wszędzie.
- No to gucio, pani Hamilton i panie Carter. A teraz jeśli państwo pozwolą, panna Marshall uda się na lekcje w pańskim towarzystwie, panie Carter.- i właśnie wtedy rozbrzmiał dzwonek na lekcje. W moim przypadku, angielki, w ich matma. Pokazałam im język, zaś oni odwzajemnili mi tym samym. Urocze. Pośmialiśmy się chwilę i każde ruszyło w swą stronę, ja do klasy 24 na górnym piętrze, a Nicky i Tri do 8. Pomachałam im jeszcze, kiedy znikali za rogiem pogrążeni w lamentach na temat niechęci Nicka do matematyki.
๑۩۩๑
Zimne powietrze wypełniło moje nozdrza, kiedy zaledwie wyłoniłam nos zza dębowych drzwi. Mocne i zimne, dające poczucie życia powietrze wypełniało mnie całą. Lubię takie poranki, stwierdziłam rozkoszującą się chłodną bryzą. Jakby na potwierdzenie moich słów, wiatr ochłostał mnie po twarzy i zburzył marchewkową falę loków wokół mojej twarzy. Uśmiechnęłam się i ruszyłam dalej, w stronę szkoły. Śnieg przyjemnie chrzęścił mi pod nogami. Szczerze, to nawet lubię drogę do szkoły, szczególnie w zimie. Mróz, który orzeźwia ciało, chrupki śnieg pod stopami, biały krajobraz. Najbardziej podoba mi się wygląd drzew. Łyse, nagie i bez wdzięku, dane im podczas lata, lecz teraz w tej śnieżnej perzynie, wyglądają dziwnie uroczo i pięknie. Śnieg błyszczy w martwych konarach, sprawiając wrażenie, iż te drzewo ma połyskujące, wybielone liście. Mam szczęście, że park Edisona znajduje się dokładnie między moim domem a szkołą. Codziennie mogę się jakoś tako uspokoić i przygotować na psychiczne tortury, przyglądając się jedynie drzewom. Moim zdaniem, ten park jest magiczny. Nie wiem, czemu tak myślę, ilekroć kroczę żwirową, choć teraz przykrytą całunem śniegu, dróżką. To miejsca ma w sobie urok... naraz do głowy przyszło mi wspomnienie, jak lepiłam z tatą bałwana, właśnie w tym parku. Miałam może z pięć lat, kiedy to się działo, miałam wtedy dobre relacje z ojcem... Uległy one zmianie dwa lata później, kiedy to ożenił się z Mary, wprowadzając w moje życie blond włosy koszmar- Susan. A potem pojawił się Andrew i tak jakoś minęło te dziesięć lat. Wzdrygnęłam się, jakoś tak z zimna i ruszyłam dalej, z wiecznym podziwem obserwując park pełen wspaniałych wspomnień...
๑۩۩๑
-Nienawidzę szkoły!!!
Trish waliła swoją głową o stalowo błękitną szafkę. Przyglądałam się jej w rozbawionym milczeniu, nie mogąc powstrzymać się od kpiącego uśmiechu. Patrice Marshall jest najlepszą uczennicą w całym liceum Spencera. Zawsze dostaje piątki i szóstki, nawet jeżeli się nie uczy. Jest też ładna. Bardzo, bardzo ładna. Opalona i wysoka, jest blondynką o słodkiej buźce i pięknych, błękitnych oczach. Trish, jako najlepsza w sportach, nie licząc hokeja (ona nienawidzi hokeja, ale mniejsza z tym) ma powodzenie u każdego chłopaka;nieraz występuje w szkolnej drużynie chiliderek. I po każdej lekcji wali głową w swą, lub moją, szafkę, przeklinając tego, co wynalazł szkołę. Myślicie, że to dziwne? Jej jawna niechęć do szkoły jest niczym w porównaniu z naszą przyjaźnią. Trish jest moją jedyną i najlepszą przyjaciółką, choć równie dobrze mogłaby być psiapsiółą królowej szkoły, Ally. Nikt nie chciał się kolegować z rudowłosą świruską. Nikt, oprócz Nicka Cartera, kuzyna Ally, i owej Trish. Tylko ta dwójka nie boi się ze mną pokazywać okrutnemu światu elity, powierzając mi swoje tajemnice i troski, bez obawy, że mogę je komuś rozpowiedzieć, bo niby jak? Część ludzi ze szkoły wogóle ze mną rozmawia a druga ledwie zauważa moją obecność. Smutne, ale prawdziwe. Co dziwne, Nick i Trish stracili nieco na swej popularność z powodu zadawania się z, jak to powiedziała Ally?, "Obłąkaną Marchewką". Lecz oni się tym nie przejmują. Wręcz mają na to wywalone. Kocham ich, są taką moją deską ratunkową, kiedy już nie wytrzymuję psychicznie i fizycznie.
-Tak, wiem, Trish. Czujesz to, co reszta ludzkość w naszym wieku.. -Popatrzyła na mnie spod zmrużonych powiek, lekko się uśmiechając. Miała delikatny czerwony ślad na czole, co niestety było trwałą częścią jej wyglądu od pierwszego września.
-Clara, to co oni czują, to pestka przy tym, co ja czuję.-Tym razem to ja zmrużyłam oczy i uśmiechnęłam się szerzej.
-No jasne.
-Dobra, ale ja nienawidzę szkoły znacznie bardziej niż wy, dziewczyny.- Fiku-Miku i za nami wyrósł nagle Nick. Uśmiechnął się, ukazując słodkie dołeczki w policzkach. Najwyraźniej miał teraz WF, stwierdziłam przyglądając się wesołym, roziskrzonym oczom kolegi. Zawsze mnie zadziwiały, nie były ani szare, ani niebieskie, ani zielone. Jakby były mieszaniną tych trzech kolorów. Zależało, pod jakim kontem padało światło... o, teraz właśnie miały zielony odcień. Ciemna grzywka opadła mu na czoło lekko zroszone potem. Ogólnie, był cały spocony, ale mi to nie przeszkadzało. Tak jak im moje niepospolite zachowanie i wygląd..
-Oj tam, Nick, dramatyzujesz.-rzuciła od niechcenia Trish, uśmiechając się od ucha do ucha. Była ode mnie wyższa o dziesięć centymetrów, ale i tak to Nick górował nad nami, miał bowiem ponad metr osiemdziesiąt. Nie bez powodu był kapitanem drużyny koszykarskiej, miał umięśnione ciało jak jeden z tych greckich bogów. Z tych ładniejszych, greckich bogów. W odpowiedzi Nick parsknął śmiechem, klepiąc Trish po jej idealnej fryzurze. Odpłaciła mu się tym samym, a po chwili wybuchli śmiechem. Uśmiechnęłam się czule, usuwając na bok. W takich chwilach najlepiej jest się usunąć i nie przeszkadzać. Kiedyś taka jedna przyjaciółka Trish, Maddy, kompletnie się załamała, bo jej "psiapsióła" Ally zaczęła podrywać jej chłopaka, wtedy nasza wychowawczyni, pani Meredith, rzekła: "Jeśli ciało A i ciało B oddziaływają na siebie, to ciało C się nie wpierdziela", a to mówiła patrząc znacząco na Ally. Wzięłam wtedy tę radę do serca, i przy każdej sposobność próbowałam oddalić się na stronę. Moim zdaniem, Nick powinien być z Trish. Pasowali do siebie. Jednakże wtedy, kiedy poruszałam ten temat, oboje palili buraka i besztali mnie za sprośne ( według nich, oczywiście) myśli. Ale i tak potem rzucali sobie ukradkowe spojrzenia. Zupełnie jak w jednej z moich ulubionych romantycznych powieści! Ekhem, ale wracając do rzeczy...
- No więc, Clar? Co myślisz?-zapytał Nick oplątując moją szyję ramieniem. Zauważyłam, że to samo zrobił z Trish, przez co jej oczy błyszczały. Teraz wiecie, o czym mówię? Uśmiechnęłam się przepraszająco, trochę się rumieniąc. No bo przecież obejmował mnie facet, choć był to tylko Nick, wokoło było sporo ludzi, którzy chętnie zrównali by mnie z ziemią za sam fakt, że się z nim przyjaźnię. Ten dreszcz, kiedy wlepiają w ciebie te złowieszcze spojrzenia... nie chcę nawet o tym myśleć.
-Sorki, Nicky, nie słuchałam...
-Jak zwykle, nasza Clary ucieka do swej baśniowej krainy rozmyśleń, kiedy przestaje się ją zagadywać.-stwierdziła Trish, błyskając swoimi pięknymi ząbkami w uśmiechu rozbawienia. Brzmiało to nieco chamsko, ale w ustach Trish to po prostu śmieszna i trafna uwaga. I jak tu jej nie kochać?
-Fakt.-poparł ją Nick. Wywróciłam teatralnie oczyma.
-Oj dobra, uspokójcie się już. O czym tam szeptaliście, kiedy mnie nie było?
-Ano o tym, panno Hamilton, że po szkole można by, a nawet trzeba, odstresować Tri w jakiś kinie na dobrym filmie. Zgadzasz się, żebyśmy ją dalej męczyli, nawet na relaksującym filmie?- Nicky i jego poczucie humoru. Parsknęłam i kiwnęłam głową. Wyplątałam się z jego objęć i popatrzyłam na Tri, wciąż trzymaną przez niego. Słodki widok. Uśmiechnęłam się złowieszczo do blondynki.
-Zawsze, panie Carter. Zawsze i wszędzie.
- No to gucio, pani Hamilton i panie Carter. A teraz jeśli państwo pozwolą, panna Marshall uda się na lekcje w pańskim towarzystwie, panie Carter.- i właśnie wtedy rozbrzmiał dzwonek na lekcje. W moim przypadku, angielki, w ich matma. Pokazałam im język, zaś oni odwzajemnili mi tym samym. Urocze. Pośmialiśmy się chwilę i każde ruszyło w swą stronę, ja do klasy 24 na górnym piętrze, a Nicky i Tri do 8. Pomachałam im jeszcze, kiedy znikali za rogiem pogrążeni w lamentach na temat niechęci Nicka do matematyki.
Pani Meredith jest nauczycielką angielskiego, a przy okazji wychowawczynią Ally, Nicka i moją. Trish właśnie przebywała na matmie u swego wychowawcy, pana Spencera. Pani Marcela Meredith jest niską, pulchną kobietką po trzydziestce. Brązowa cera i akcent dowodzą, że jest Włoszką. Ma piękne, karmelowe oczy i burzę czarnych loków, w których znajdują się złote pasemka. Wielu uważa, na przykład taka Ally, że te dodatki nie pasują pani Meredith. Ja jednak sądzę inaczej i za każdym razem chwalę jej wygląd. Moim zdaniem pani M. wygląda fajnie; te blond pasemka sprawiają, że wyróżnia się z tłumu, podobnie jak śmiałe kolory jej niezbyt dopasowanych ubrań. Lubię panią Meredith. Jest fajna, w przeciwieństwie do pana Spencera, na którego Trish miała pecha wpaść jako wychowanka. Matematyk jest nudny jak flaki z olejem, a nawet gorzej. Trzecioklasiści znają jego każdy ruch, mogą handlować młodszym rocznikom informacjami, kiedy będzie kartkówka lub kiedy spyta. Dlatego u niego są piątki i czwórki. Pomyślcie sobie o jego dumnym spojrzeniu, kiedy chwali klasy drugie i pierwsze za jakże ochoczą postawę i jaką to mają znakomitą wiedzę. Większość nie może wówczas powstrzymać uśmieszków. No, ale wracając do pani Meredith... jest bardzo pomysłowa. Nikt nie wie, co jej dziś do głowy przyjdzie. Może zapyta? Zrobi sprawdzian? Wyjdzie z grupą na zewnątrz? Zrobi dziwną zabawę na dany temat? Może tak, może nie. I dlatego ją tak lubiłam, za jej pomysłowość i kreatywność. No, i pisze wiersze. Zajebiaszcze wiersze! Czasem, kiedy je czytam, chce mi się wyć lub śmiać się do rozpuku, to zależy od kategorii poezji.... Usiadłam właśnie w ławce i. zdążyłam wyjąć zeszyty, kiedy to do klasy wparowała Ally Carter ze swoją świtą. Allison jest naprawdę ładna; lekko piegowata dziewczyna z ciałem modelki Victoria Secret, ma długie,ciemnobrązowe włosy ( farbowane jak nic) i zielone oczy. Na dodatek jest pewna siebie, zaborcza i podstępna, wredna jak sukinkot. Nic dziwnego, że to ona tu rządzi. Taki wstrętne szmiry zawsze rządzą szkołą. Jej przyboczne, siostry Mel i Lisa Buckingham kroczyły za nią nadymane jak paw. No, w końcu "przyjaźniły" się z królową Ally, więc i one były "popularne". Usiadły ławkę przede mną, zaś zaraz przed Mel i Lisą usiadła sama Ally, wprost na miejsce Tommego Sweetwatera. Zmarszczyłam brwi, Tommy był jedynym chłopakiem w szkole, nie licząc Nicka, który nic do mnie nie miał. Oczywiście, nie kumplujemy się ani nic, lecz także gdy inni jego koledzy obrabiali mi dupę, on siedział cicho albo kazał im przestać. Od tamtej pory, Tommy ma u mnie szczególne względy. Jest słodkim, niezbyt wysokim blondynkiem z bursztynowymi oczyma. Gra w siatkę i jest kapitanem szkolnej drużyny, ogólnie jest super, fajny i ładny. Mój idealny typ. Tyle że, sądząc po zaróżowionych policzkach, delikatnym wybrzuszeniu w spodniach ( z takiej odległości to widać) i błyszczących oczach nie miałam u niego szans; koleś bujał się w Ally, czyli jest już stracony. Niemniej szkoda chłopaka. Westchnęłam i spojrzałam na panią Meredith, która właśnie pisała swoje nowe arcydzieło. Nie zważała, że w klasie panuje harmider ani że jest już kilka minut po dzwonku; gdy pisze wierze, wszystko dla pani Meredith jest mało istotne. Otworzyłam więc zeszyt na ostatniej stronie i zaczęłam pisać. Także wiersz. Bo wiecie, nie na darmo jestem najlepszą pupilką pani Meredith, ona pisze i ja piszę,więc wymieniamy się poezją i dajemy sobie rady w tym temacie. Reszta to pikuś, póki naprawdę się staram. Zamknęłam oczy, starając się odciąć od panującego w klasie gwaru. Ach, gdybym mogła robić to z taką łatwością! I wtedy w mojej głowie rozległo się ciche kliknięcie. Chwilę potem pisałam, a nawet nie wiedziałam co. Po prostu słowa wylewały się ze mnie na papier.. Gdy już skończyłam, oderwałam długopis od kartki. Moje serce waliło, a oddech stawał się coraz szybszy, kiedy przeczytałam tekst pośpiesznie.
Tłum ludzi w gwarze osiada
Wśród cmentarnych nagrobków
By wspomnieć swych ukochanych
Odeszłych już z tego pełnego zaraz
Świata który nijak nie umywa się do
Niebiańskiego Raju,w którym są dusze
Z ziemi naraz wyrasta skrwawiona sina
Dłoń co podchwytuje najbliższą osobę
Z Mroku wylatują krwiożercze bestie i
Wilki ogromne chwytają ludzi
Przerażonych by po chwili zabić i
Spożyć ich ciała i wypić ich krew
Księżyc tonie we krwawych łzach
Patrzy jak giną ludzie jak ich duchy
Opuszczają zjadane ciała
A nad tym wszystkim walczy Chaos
Ze Spokojem Mrok z Dobrocią
Nadchodzi nowa era, nowy świat
I nowe zasady nieliczni zdołają
Zmysły i duszę zachować
Oto Wieczna Noc wypatruje ludzkiego
Serca mięsa i krwi by wyżywić demony
Z Piekielnej Otchłani wzięte
To jest omen apokalipsa i zniszczenie
Doszczętne ludzkiej rasy
Przejmują świat demony i bestie,
Co czaiły się w ciemnych bajkach.
Przerażona
podniosłam się pośpiesznie, rzucając zeszyt aż pod samą tablicę.
Przewróciłam przy okazji krzesło, a huk uderzenia zeszytu o ścianę i
krzesła o podłogę sprowadził na mnie uwagę całej klasy, z panią Meredith
na czele. Patrzyła na mnie zaniepokojona, a paru ludzi szeptało cicho,
kiedy oddychając ciężko lustrowałam całą klasę. -Zwariowała już kompletnie.-stwierdziła Ally kpiącym tonem na cały głos. Nauczycielka nie zwróciła na nią żadnej uwagi, która w całości poświęcona była mi. W dłoniach trzymała mój zeszyt, na ten widok lodowaty dreszcz przepłynął mi po plecach.
-Clarisso, co się stało?-to była pani Meredith, ale nie odpowiedziałam na jej pytanie. Powoli zmusiłam się, by na nią spojrzeć, lecz wtedy to zobaczyłam. Pół przezroczysta twarz stała zaledwie kilka centymetrów ode mnie, uśmiechała się złośliwie. Twarz miała siną i zakrwawioną, puste oczodoły odbijały światło i mój obraz. Usłyszałam jej złowróżbny śmiech, powoli przemierzała w stronę nauczycielki, pokazując mi, że ma zamiar ją udusić. Szeptała coś o śmierci, zmartwychwstaniu i krwawej ofierze....
Zaczęłam krzyczeć.
Krzyczałam, krzyczałam i krzyczałam. Wręcz darłam się w niebo głosy. Zjawa zatrzymała się, ale pani Meredith postąpiła kilka kroków do przodu, przez co znalazła się tuż przy duchu. Jej oczy przepełniał niepokój i strach.. nie sorry, wróć, to było skrajne przerażenie, A to wszystko przeze mnie. Teraz już nie wrzeszczałam jak zarzynane zwierzę, choć odgłosy, które wydobywały się z mego gardła do ludzkich odgłosów zapewne się nie zaliczały. Moje ciało było całe obolałe, gardło piekło niemiłosiernie, oczy były zaszklone, przez co twarze otaczających mnie ludzi widziałam jak za lekko zaparowanego szkła. Mimo to dostrzegłam na ich obliczach osłupienie i prawdziwe przerażenie. A Ally, która jeszcze chwilę temu wygłosiła kolejną obelgę pod moim adresem, siedziała teraz z rozdziawioną mordą. Gdybym sama nie była mocno wystraszona i zdezorientowana, pstryknęłabym jej fotę i straszyła nią Susan. Nagle zjawa zaczęła się śmiać. A był to ten śmiech, jaki słyszy się z ust szaleńców z horrorów klasy A. Złapał panią Meredith za gardło i ścisnął. Marcela Meredith wytrzeszczyła oczy i przyłożyłam dłoń do gardła... która przeszła na wylot przez ogromne łapy ducha. Nauczycielka wciąż szeptała moje imię. Zjawa natomiast powiedziała kilka słów swoim zły, chrapliwym głosem.
-Ona zginie. Oni zginą. Twoja rodzina zginie. Wszyscy.... zginą. Przez ciebie!
I ponownie zaczął się rechtać. Nie wiem czemu, ale nagle przypomniałam
sobie pewne zdarzenie. Miałam wtedy może z 5 lat, jak nie więcej.
Mieszkałam wtedy w Kanadzie, w pensjonacie dla dziewcząt, bowiem ojciec
musiał wtedy często podróżować w interesach. Panna Benington była moją
guwernantką. Straszliwa herod-baba. Nie lubiłam jej ze wszystkiego,
czego nienawidziłam całym pięcioletnim sercem. Gdy już nie wytrzymywałam
po całych godzinach w towarzystwie tej despotycznej staruchy, wbiegałam
na strych. Uwielbiałam tam przesiadywać.przesiadywać, z trzech powodów:
było tam dużo starożytnych wierszy i ręko powieści ; nikt mnie tam
nie szukał = spokój gwarantowany; mieszkała tam taka wspaniała starsza
pani...
O ile pamiętam, nazywała się Rose... Babcia Rose miała dziwne
prześwitujące ciało i bardzo ciemne oczy. Mówiła w większość po
francusku, choć dziwnym trafem rozumiałam co do mnie mówi. Zawsze
czytała mi poezję, opowiadała o swym dzieciństwie lub pocieszała po dniu
pełnym łez. Bardzo ją kochałam. Ale pewnego dnia kazała mi już na
strych nie przychodzić, bowiem jej zabraknie i będą tam źli ludzie. Nie
wiedziałam, czemu tak mówiła, ale posłuchałam jej. Babcia Rose prosiła,
bym jej zaufała. Zrobiłam tak; ze wszystkich ludzi z pensjonatu to jej
ufałam najbardziej. Obiecałam, że już tam nie pójdę, ale nie mówiła nic o
tym, bym się o nią nie pytała. Zrobiłam to, spytałam się o nią pannę
Benington. Guwernantka spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i
odpowiedziała.
-A więc to tam przesiadujesz, panno Hamilton. Jesteś bardzo
niegrzeczną dziewczynką. Niegrzeczną i niesłuchającą smarkulą! Słuchaj,
nie bez powodu pensjonat nazywa się Emily Rose! Rose to nazwisko
starszej pani. Zmarła na strychu tego domostwa, świeżo po jego
zakupie...-przerwała, gdyż wybuchłam głośnym płaczem. Wtedy myślałam, że
moja kochana babcia Rose, Emily, zmarła.
Teraz jednak wiem, że ta urocza, kochająca staruszka ze strychu... była
duchem. Tak ja ten tutaj. A ci "źli ludzie"? Babci Rose, Emily, chodziło
o takich pomyleńców jak ten psychopata.. Jego śmiech ucichł, za mną
szeptano i szurano krzesłami. Uśmiechnął się. A jego obleśny uśmiech
podziałał na mnie jak czerwona płachta na byka. Rzuciłam się na niego,
na nauczycielkę, z dzikim rykiem. Czerwona mgiełka przysłoniła mi widok,
ale dobrze wiedziałam, co robię. Plułam, kopałam, gryzłam i krzyczałam,
że ma ją puścić i przestać, nawalałam pięściami z każdej strony. Jakby
z oddali słyszałam słyszałam wrzask pani Meredith i krzyki pozostałych
uczniów. Ktoś trzasnął drzwiami. W tej samej chwili poczułam mocne
uderzenie w głowę i szarpnięcie za włosy. W pomieszczeniu panował istny
chaos. Wciąż drapałam dłonie upiora; liczyło się tylko uwolnienie pani
Meredith od niego. I udało mi się. Ktoś znowu mnie uderzył i zaczął
ciągnąć za włosy. Kiedy dłonie ducha wreszcie zniknęły, pozwoliłam się
odepchnąć, w rezultacie upadłam na ławkę. Zamroczona patrzyłam, jak pani
Meredith osuwa się w ramiona pana Spencera. Oboje byli mocno
pokiereszowani. Marcela Meredith była bardzo blada, jej cera była
szaroziemista i zakrwawiona. O. Mój. Boże. To... to.. ja to zrobiłam?
Marcela
szlochała, krew płynęła jej z szyi i ran na twarzy. Pan Spencer też
płakał, łzy mieszały się z jego krwią z zadrapanych i posiniaczonych
polików. To... to przeze mnie. O. Nie. Znowu zaczęłam krzyczeć. Wszyscy
odsunęli się ode mnie jak na zawołanie. Harry Spencer wziął Włoszkę na
ramiona i z krzykiem usunął się z mojej drogi. Krzyczał do mnie.
-Precz, precz szatanie! Zmaro nieczysto! Zobacz, coś narobiła! Pomiot, pomiot szatana! Psychopatka!
Więcej nie słyszałam. Z krzykiem otępienia i łzami uciekłam z klasy. Uciekłam ze szkoły. Wprost na jezdnię...
๑۩۩๑
Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie ...
Stoję
na środku jezdni i mierzę ludzi stojących na chodniku nieprzychylnym
wzrokiem. Denerwuje mnie ich rozmowa, choć wcale jej nie słyszę. Czuję
się tak, jakbym słuchała ich z daleka. Wiem, że jedni coś krzyczą. Inni
lamentują. Drudzy wrzeszczą na siebie. Wszyscy jednak rzucają na mnie
niespokojne, przerażone spojrzenia. Nie wiem, o co im chodzi. Kieruję
wzrok na coś za mną, to właśnie to poruszyło tych ludzi. Nagle rozumiem.
To ja. Stoję tam. Moje rude włosy są poczochrane na każdą stronę
świata, miejscami brak kępek. Oczy są zaszklone, pełne łez, a poza tym
puste. Jestem nienaturalnie blada. I klęczę, to znaczy moje ciało klęczy
na środku jezdni. Jakaś czarna maź wydobywa się z sinych ust. Chcę
krzyczeć, widok jest okropny. Ale nie to jest najgorsze. Ja w i d z ę
siebie, jak rzygam, choć stoję o dwa metry dalej. Co się dzieję?! Nagle
słyszę śmiech. Wiem, czyj on jest. Podnoszę wzrok na zjawę, szczerzy do
mniej czarne dwa zęby. Wzdrygam się. Bardzo się boję. Jego się boję.
Słyszę jego szept, jakby mówił mi do ucha. Giń, mówi. Nie mam wyboru,
więc kiwam głową. Nawet jakbym próbowała, to i tak nie wygrałabym. Za
nic, wskazywała to czarna, gęsta smoła otaczające przejrzyste ciało
upiora. Patrzę teraz, jak tir nadjeżdża z zawrotną prędkością. Moje
ciało wciąż klęczy, wymiotuje. Nikt nie się rusza, by mnie stamtąd
zabrać. Tylko krzyczą. Patrzę znów na ducha, ten po prostu mówi mi
"Giń". Znowu kiwam głową. Robię się całkiem obojętna. Co ma być to
będzie... W chwili, gdy w moje zmizerowane ciało uderza ciężarówka, ma
dusza pogrąża się w ciemnym niebycie...